Dziennik Podróży #3 – Atacama

W Obserwatorium byłem przez 4 dni. Astronomowie, którzy przyjeżdżają tu na obserwacje mają 3-tygodniowe zmiany. Zawsze jest ich dwójka, a ich pobyt zazębia się co 1,5 tygodnia, gdy następuje „wymiana” naukowca. Jak więc się tu żyje?

Na Atacamie panują skrajne warunki. Duże wahania dobowych temperatur, wysokość (prawie 3000 m.npm) i ekstremalnie suche powietrze – mój rekord zarejestrowany podczas pobytu to 1% wilgotności. Co nie jest niczym wyjątkowym w tym miejscu. Mieszkający tam muszą zatem liczyć się z całym wachlarzem potencjalnych dolegliwości: bóle i zawroty głowy od wysokości, suchość gardła, oczu, nosa, pękająca skóra itd. itp. Ale naukowcy to twardziele, narzekałem najbardziej ja…

Życie toczy się tu w ciekawym rytmie, którego środek ciężkości przypada na nocne obserwacje gwiazd. W ciągu dnia się śpi i konserwuje sprzęt; niektóre instrumenty – jak np. aparat do obserwacji w podczerwieni IRIS – wymagają takich czynności jak uzupełnianie czynnika chłodzącego w postaci ciekłego azotu.

Jeśli chodzi o obserwacje, to zaskoczony byłem parę razy. Po pierwsze: plan obserwacji ustalany jest algorytmem. Komputer na podstawie instrukcji ustala jakie obiekty w jakim momencie będą nadawały się do obserwacji. Jeden obiekt musi zostać zaobserwowany wielokrotnie na przestrzeni roku, po to, by stworzyć tzw. krzywą blasku – wykres przedstawiający zmianę jasności gwiazdy w czasie.

Drugie zaskoczenie to same zdjęcia. Żyłem w romantycznym złudzeniu, że zdjęcia, które wykonuje teleskop wyglądają… wiecie… mniej więcej tak:

Tymczasem wyglądają one tak:

Co ciekawe: oba zdjęcia faktycznie zostały wykonane przez teleskopy OCM, ale to pierwsze powstało niejako przy okazji. Pewnego razu jeden z aparatów badawczych musiał zostać odesłany to konserwacji i udostępniony został zastępczy – który był w stanie zrobić piękne, ale mało użyteczne z punktu widzenia nauki, zdjęcia.

I wiecie co? Bardzo się cieszę, że ta różnica między moimi oczekiwaniami, a rzeczywistością jest tak duża. Unaocznia to jak wiele można się nauczyć i jak często żyje się w oparach stereotypów (praca kompozytora też często podlega podobnym romantycznym wizjom, które niewiele mają wspólnego z rzeczywistością).


Cóż można robić w wolnym czasie na pustyni? Można pójść na spacer! I jest to najbardziej bliskie spacerowi po powierzchni Marsa doświadczenie, jakie jest możliwe na Ziemi. Z resztą NASA jest tego samego zdania, bo testowała tu marsjańskie łaziki.


Obserwatorium jest na odludziu. W pobliżu znajduje się jedynie obóz robotniczy przy budowie ELT (Extremely Large Telescope) największego teleskopu świata), a ok. 20 km dalej – Cerro Paranal, czyli siedziba ESO (The European Organisation for Astronomical Research in the Southern Hemisphere) z ich VLT (Very Large Telescope – jak sami zauważają, astronomowie nie są zbyt kreatywni w nazewnictwie).

Miałem ogromną przyjemność i przywilej wizytować na Paranalu dwa razy: raz jako turysta, a raz jako astronom pod przykrywką, dzięki czemu mogłem zwiedzić wszystkie zakamarki tego niesamowitego miejsca. Ale to już historia, która wymaga osobnego wpisu.

Najbliższe miasto to oddalona o ok. 150 km (i 2800 m niżej) Antofagasta. Ale o niej – też w osobnym wpisie.


Pozdrowienia znad Brazylii! Lecę do domu!

2024 © Przemysław Scheller